Gdzie? W tajemniczym programie TARP.
Plan Paulsona zmienił nazwę na TARP, czyli Troubled Asset Relief Program. Teoretycznie setki miliardów dolarów miały być przeznaczone na ratunek bankom po to, aby nie zawalił się system finansowy USA, a w ślad za nim i całego rozwiniętego gospodarczo świata. Praktyka okazała się bardziej skomplikowana.
Program od początku wzbudza wiele kontrowersji i zachęca do zadawania pytań w rodzaju: czy w ogóle zakrojony na tak szeroką skalę interwencjonizm państwowy ma rację bytu? Czy nie zdrowiej dla rynku byłoby pozwolenie na upadek nieefektywnych instytucji, co sugeruje na przykład Jim Rogers? Rodzi on przy okazji coraz to nowe dylematy. Właśnie trwa spór z koncernami samochodowymi, które proszą w Kongresie o ponad 30 mld dolarów. Tym razem hojność amerykańskich parlamentarzystów wyciągających pieniądze
z kieszeni podatnika nagle wyparowała jak zyski funduszy inwestycyjnych w 2008 roku i została zastąpiona chłodnym rachunkiem ekonomicznym. Eksperci słusznie wskazują, że za parę miesięcy koncerny z Detroit przegwiżdżą te miliardy i znowu zwrócą się o dotacje. Podobnych dylematów nie ma w przypadku kilkadziesiąt razy większego planu TARP.
Tymczasem wtorkowy New York Times donosi, że audytorzy rządowi wskazują na brak kontroli nad środkami z programu. Pierwotnie miały one zostać wydane na zapewnienie większej płynności na rynku kredytowym, szczególnie w zagrożonym segmencie hipotecznym. Okazuje się jednak, że audytorzy rozkładają bezradnie ręce i twierdzą, że nie posiadają wystarczającej kadry oraz środków technicznych do monitorowania poczynań banków, które otrzymały pomoc. Wrażenie chaosu pogłębia wymiana administracji rządowej. W końcu Paulson odchodzi ze stanowiska za niecałe dwa miesiące.
Przypomnijmy, że do największych beneficjentów TARP w postaci pakietów po 25 mld dolarównależą takie instytucje finansowe jak Citigroup, Goldman Sachs (zdaje się, że Buffett dobrze wiedział czemu kupuje te akcje) czy Bank of America. Co paradoksalne, nieoficjalnie Departament Skarbu tym razem uważa, że banki same wiedzą lepiej na co przeznaczyć środki i nie musi kontrolować na co dokładnie idą pieniądze. Mówi się o siłach wolnego rynku oraz mechanizmach samoregulacyjnych. Takie postępowanie wzbudza coraz większe wzburzenie i rozgoryczenie wśród przeciętnych Amerykanów, którzy tak naprawdę z przymusu dotują bankierów. Tym bardziej, że w trakcie trwającej recesji wielu z nich traci pracę i źródło dochodów, a dla nich nie wymyślono żadnego solidnego „bailoutu” (najmodniejsze słowo sezonu) poza dość ułomnym TALFem (Term Asset-Backed Securities Loan Facility) – swoją drogą kto wymyśla te absurdalnie napuszone nazwy?
Ze swojej natury rządy zawsze nieefektywnie gospodarują pieniędzmi, a teraz, gdy sprawa dotyczysetek miliardów dolarów beztroska regulatorów budzi grozę. Administracja amerykańska upiera się, że nie istnieje żadna alternatywa. Trzeba po prostu dać bankierom te pieniądze i nie zadawać za wiele pytań. Teraz zastanawiamy się jak podejdzie do tego zagadnienia ekipa Obamy. Czy uporządkuje bałagan i sprawdzi, gdzie konkretnie powędrowały miliardy dolarów, czy sprawa rozmyje się w biurokratycznej machinie? A co się stanie w przypadku jeśli banki znowu stracą kolejnemiliardy i poproszą o następne? Pokusa wydaje się dość spora. Szukając szybkich zysków pokrywających ich potężne straty mogą znowu zaryzykować bardziej niż powinny, skoro nawet jeśli zdefraudują następne miliardy istnieją spore szanse, że rząd ponownie wyciągnie pomocną dłoń z plikiem świeżo wydrukowanych banknotów. Z pewnością kluczowym momentem wydaje się publikacja raportów instytucji finansowych za IV kwartał oraz cały 2008 rok. Wtedy okaże się ile jeszcze trupów kryją przepastne szafy bankierów. Zima będzie gorąca.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz