czwartek, 26 marca 2009

Kolejna laurka dla Polski. Jesteśmy najlepsi w Europie?



Chwalą nas analitycy, inwestorzy i ekonomiści.

Z raportu Onshore, Nearshore, Offshore: Unsure? przygotowanego przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych, Jones Lang LaSalle i Grafton Recruitment wynika, że Polska jest jedną z najatrakcyjniejszych lokalizacji w Europie dla inwestycji z sektora BPO (Business Process Outsourcing).

Zdaniem autorów raportu polska gospodarka rozwija się w tempie szybszym od pozostałych gospodarek Unii Europejskiej - prognozy na ten rok mówią o wzroście rzędu 2%, co czyni nas jednym z niewielu krajów o dodatniej stopie wzrostu PKB.

Ponad to, co roku krajowe uczelnie opuszcza ok. 400 tys. absolwentów, co przy ogólnej liczbie studentów wynoszącej prawie 2 mln stanowi doskonałe zaplecze dla przedsiębiorców szukających młodych i utalentowanych kadr.

- Jakość pracy oraz kreatywność Polaków jest doceniana przez zagraniczne koncerny, które coraz częściej decydują się na przenoszenie do Polski zaawansowanych procesów - napisali autorzy raportu.

- Podejmowaniu takich decyzji sprzyja efektywność kosztowa polskich pracowników oraz szeroka oferta dostępnych zachęt inwestycyjnych - dodali.

Polski rynek pracy jest również stabilny - rotacja kadrowa nie przekracza 15%, a polscy pracownicy są znakomicie wykształceni, wyspecjalizowani i posiadają wysokie kompetencje językowe - komplementują nas analitycy.

Do tego poza popularnym językiem angielskim wzrasta również znajomość niemieckiego i francuskiego. Kolejny nasz plus to oczekiwania płacowe, które są w Polsce dużo niższe niż w krajach Europy Zachodniej. Czyżbyśmy stawali się europejskim prymusem?

niedziela, 15 marca 2009

7 zasad rozsądnego zarządzania pieniędzmi podczas kryzysu


Wykorzystaj je do poprawy swojej sytuacji finansowej.

W trudnych czasach spowolnienia gospodarczego szczególnie ważne wydaje się skuteczne i rozważne zarządzanie własnymi finansami. W trakcie boomu ewentualne błędy czy rozrzutność udawało się zrekompensować podwyżką wynagrodzenia czy nadgodzinami. Teraz trudno nie tylko na nie liczyć, ale co gorsza, wiele osób stoi przed widmem groźby utraty pracy. Pora na chwilę zastanowienia. 

1. Utrzymuj płynność finansową. Na wypadek choroby czy utraty pracy każdy powinien mieć dostęp do przynajmniej równowartości swoich trzymiesięcznych wydatków (niektórzy eksperci twierdzą, że nawet sześciomiesięcznych). Docelowo najlepszym uniwersalnym rozwiązaniem jest stworzenie funduszu bezpieczeństwa poprzez systematyczne deponowanie niewielkich sum na specjalnie wydzielonym koncie lokacyjnym w banku. Tu nie chodzi o wielkie zyski, ale o łatwy dostęp do środków. Tymczasowo pewnym substytutem może być otwarcie sobie linii kredytowej w banku z tak zwanym kredytem odnawialnym, od którego odsetki płaci się wyłącznie od rzeczywiście wykorzystanych pieniędzy (plus marża za gotowość banku do udzielenia pożyczki). 

2. Zacznij samodzielnie odkładać na emeryturę. Smutna prawda jest taka, że obecny system nie zagwarantuje nikomu godnej starości, a zatem każdy, kto ma jakiekolwiek dochody powinien jak najszybciej rozpocząć zabezpieczanie swojej jesieni życia. Liczący wyłącznie na ZUS czy OFE mocno zdziwią się ostateczną wysokością świadczeń.

3. Ubezpiecz się przed katastrofą. Niektórzy przesadzają z liczbą polis lub nawet błędnie traktują je jako inwestycje (pomijamy tutaj polisy lokacyjne, które służą do unikania podatku kapitałowego). Ubezpieczenie z założenia ma nas chronić przed nadzwyczajnymi wydarzeniami i na przykład ojciec rodziny z niepracującą żoną rozsądnie zrobi wykupując polisę na życie o wartości co najmniej pięciokrotności jego rocznych dochodów.

4. Najpierw płać sobie. To bardzo prosta i skuteczna zasada. Przed zapłaceniem za rachunki czy wydaniem pieniędzy na zakupy w supermarkecie odłóż choćby niewielką kwotę oszczędności. Niektórzy zniechęcają się ich niewielkimi możliwościami, ale nawet 50 zł czy 100 zł regularnie wpłacane na zwyczajne konto w banku urośnie do pokaźnej sumy. Warunkiem jest sumienność i cierpliwość. Co ciekawe, istnieją ludzie, którzy wydają na przykład ponad 200 zł na rachunki za telefony komórkowe, a jednocześnie twierdzą, że nie mają z czego odkładać. Nic dziwnego. 

5. Jeśli chcesz kupić nieruchomość na kredyt, zbieraj na wkład własny. Trudna sytuacja na rynku kredytów hipotecznych spowodowała gwałtowne zaostrzenie się kryteriów stosowanych przez banki wobec klientów. Znacznie podniesiesz swoją wiarygodność posiadając choćby część środków. Spadające ceny nieruchomości powodują, że każda odkładana złotówka nabiera większego znaczenia. 

6. Kup samochód na jaki cię stać. Wielu ludzi próbuje podnieść swój status społeczny przez zakup drogiego auta, a to przecież skarbonka bez dna i od razu tracisz pieniądze przy pierwszym trzaśnięciu drzwiami. Generalnie sprawdzona reguła jest taka, żeby nie brać kredytu na samochód, ale jeśli nie możesz się powstrzymać, albo po prostu brakuje ci środków, przynajmniej stosuj zasadę 20/4/10. Oznacza to, że powinieneś posiadać kwotę odpowiadającą co najmniej 20% wartości samochodu na wkład własny. Kredyt winien trwać maksimum 4 lata, a jego rata nie powinna przekraczać 10% twoich przychodów. 

7. Zmobilizuj się do spłaty długów. Osoby, które nie potrafiły dotąd narzucić sobie dyscypliny i brały kolejne pożyczki znalazły się w bardzo trudnym położeniu. Dochody raczej nikomu nie wzrosną, a wielu osobom wręcz grozi utrata zatrudnienia. To ostatnia chwila na zrobienie solidnych porządków w finansach osobistych. Ogólna reguła jest taka, że jeśli płacone raty przekraczają 35% twoich przychodów oznacza to uruchomienie się dzwonka alarmowego (szczególnie głośnego w przypadku kart kredytowych i drogich kredytów konsumpcyjnych). 

Oczywiście temat jest bardzo szeroki i te kilka zasygnalizowanych tu punktów ma za zadanie jedynie pobudzić do dalszego działania, bo sytuacja finansowa każdego czytelnika jest nieco inna. Najlepiej zacząć od zastanowienia się nad strukturą przychodów i wydatków domowych, czyli budżetu. Dopiero wtedy uda się znaleźć słabe miejsca, przez które regularnie wyciekają pieniądze, które można wykorzystać w znacznie bardziej pożyteczny i przyjemny sposób.

Treści przedstawione w artykule są prywatnymi opiniami autora i nie stanowią rekomendacji inwestycyjnych w rozumieniu Rozporządzenia Ministra Finansówz dnia 19 października 2005 roku w sprawie informacji stanowiących rekomendacje dotyczące instrumentów finansowych, ich emitentów lub wystawców (Dz. U. z 2005 roku, Nr 206, poz. 1715). Autor nie ponosi odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie niniejszego artykułu, ani za szkody poniesione w wyniku decyzji inwestycyjnych podjętych na podstawie niniejszego artykułu

poniedziałek, 9 marca 2009

Kryzys dopiero się zaczyna (2009-03)

Co piąta firma ma zamiar zwalniać pracowników i co piąta straciła majątek na opcjach. Jest źle, a będzie jeszcze gorzej - wynika z badań Krajowej Izby Gospodarczej dla "Gazety"

Izba przepytała 160 zarówno dużych, średnich, jak i małych przedsiębiorstw. Podobne badania robiono niecałe trzy miesiące temu. - I dziś sytuacja jest, niestety, gorsza - mówi Mieczysław Bąk z KIG.

Aż 87 proc. przedsiębiorców spodziewa się, że to dopiero początek kryzysu i będzie jeszcze gorzej. Firmom spadają zamówienia - średnio o jedną trzecią. Ale niektóre straciły ich nawet 80 proc. I liczba przedsiębiorstw borykających się ze spadkiem rośnie. Narzeka na to już 70 proc. przedsiębiorstw (w grudniu 60 proc.).

Firmom mogłyby pomóc zamówienia publiczne, ale teraz wszyscy o nie walczą. - Aby je zdobyć, firmy schodzą nawet poniżej kosztów. Wszystko po to, żeby jakoś przetrwać - mówi Katarzyna Augustynowicz-Skruch, prezes firmy budowlanej Eltech (zatrudnia 70 osób).

Jej firma nawet nie będzie startować w mniejszych przetargach, bo nie ma tam szans. Wielu przedsiębiorców, aby być tańszym, zatrudnia pracowników na czarno. 

Skoro nie ma zamówień, firmy szaleńczo tną koszty. Zwolnienia planuje 18 proc. firm, a 36 proc. będzie ograniczać inwestycje. Coraz więcej przedsiębiorców obawia się, że będzie musiała podjąć takie działania. W grudniu zastanawiało się nad tym 31 proc. firm, teraz już ponad 42 proc. 

Na to nakładają się problemy z bankami. Co piąta firma spotkała się z odmową udzielania kredytu. Grzegorza Turniaka, właściciela warszawskiej firmy BNI Polska zajmującej się m.in. szkoleniami dla przedsiębiorstw, bankowcy jeszcze we wrześniu zapewniali, że w każdej chwili bez problemu dostanie kredyt. Teraz zmienili zdanie. - Byłem ich klientem przez trzy lata, a tak mnie potraktowali - oburza się Turniak.

Jak pokazują badania, do 72 proc. wzrosła liczba firm, które na własnej skórze odczuwają wahania kursu złotego. To aż o 15 proc. więcej niż w grudniu. Słabszy złoty to zmora importerów, którzy muszą płacić więcej za towary z zagranicy. Z kolei dla eksporterów powinien być to powód do radości, bo ich produkty są atrakcyjne cenowo za granicą. 

- Tylko że sytuacja na rynku walut uderzyła w eksporterów, którzy zawarli z bankami umowy na opcje walutowe - mówi Bąk. 

Na opcjach straciła co piąta firma. Niektórzy po 20 tys. zł, ale inni nawet kilkanaście milionów. - Opcje uderzające w duże spółki giełdowe to tylko wierzchołek góry lodowej. Ten problem dotyka bardzo dużo małych i średnich firm - mówi Bąk.

Jak się ratować? Głowi się nad tym m.in. przedsiębiorstwo ze Śląska, czołowy producent urządzeń metalowych (nazwa firmy do wiadomości redakcji). Całą produkcję w ubiegłym roku za 30 mln zł firma sprzedała za granicą. Na opcjach straciła już 28,5 mln zł. - Przez 19 lat nie braliśmy żadnego kredytu. Zysk przeznaczaliśmy na rozwój firmy - mówi właściciel. Dlaczego zainteresowali się opcjami? - Kontrakty podpisujemy na minimum rok, dlatego kurs złotego ma dla nas ogromne znaczenie. BRE Bank przedstawił nam opcje jako ubezpieczenie przed dalszym umacnianiem się złotego. Duże firmy podpisywały umowy, wszyscy nas przekonywali, że sytuacja się nie odwróci - opowiada. 

I dodaje: - Zatrudniam 160 pracowników. Oprócz tego mam jeszcze podwykonawców, więc jeśli ogłoszę bankructwo, pracę straci kilkaset osób.

Komisja Nadzoru Finansowego ocenia, że firmy mogły stracić na opcjach w sumie 15 mld zł, a kwota ta rośnie lub maleje wraz z wahaniami kursu euro.

Ekonomista prof. Witold Orłowski narastającym pesymizmem przedsiębiorców nie jest zdziwiony. - Z pewnością w gronie tych, którym jest gorzej, są teraz firmy małe i średnie działające na rynku lokalnym. Dla nich czwarty kwartał był jeszcze bardzo dobry, sprzedaż rosła. Jednak i ich musiały dopaść skutki globalnego kryzysu - zaznacza. - Duże firmy, szczególnie zależne od eksportu, z pewnością kryzys poczuły już wcześniej i nastroje w nich od dawna są złe - dodaje prof. Orłowski.

- Obecny kryzys narasta znacznie szybciej niż wielka depresja lat 30. To niepokojące zjawisko. Nie wiemy jeszcze, dokąd nas doprowadzi. Z pewnością czekają nas teraz dwa, trzy kwartały bardzo złej sytuacji gospodarczej - uważa Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP, a teraz partner w Ernst & Young.

niedziela, 8 marca 2009

Złoto przebiło tysiąc dolarów


W piątek osiągnęło cenę 1007 dolarów za uncję. Cena złota w kontraktach na luty wzrosła o 25,70 dolarów do 1001,8 dolarów za uncję. W kontraktach na kwiecień przekroczyła 1007 dolarów. 

To najwyższa cena złota od marca 2008 roku, kiedy jego wartość rosła wskutek obaw o wzrost inflacji.

Złoto jest odbierane jako inwestycja, która nie traci na wartości nawet w czasach spowolnienia gospodarczego. W rezultacie jego ceny często rosną w momencie, gdy światowe giełdy notują minima. W czwartek Dow Jones znalazł się najniżej od jesieni 2002 roku.

Zdaniem ekspertów, w najbliższych tygodniach złoto może drożeć. Wzrostom będą sprzyjać kurczące się zapasy drogocennego kruszcu.

Praca za tysiąc złotych? Biorę!


Polacy zagrożeni rosnącym bezrobociem rzucają się na słabo płatną pracę - pisze "Gazeta Wyborcza". Oblężone są urzędy, sklepy, firmy sprzątające i ochroniarskie. 

Jak czytamy w "Wyborczej", urzędy gminy organizują konkursy na stażystów, oferując im niekiedy 500 złotych na rękę. Do urzędu w Nowej Soli zgłosiło się sześciu kandydatów na miejsce. Wcześniej kilkakrotnie rozpisywano tam konkurs na urzędnika, teraz świetnie wykształcony kandydat zgłosił się od razu. Pensja - tysiąc złotych na rękę. W jednym z oddziałów ZUS na jedno miejsce zgłosiło się aż 178 osób

Problemu ze znalezieniem pracowników nie mają także hipermarkety, oblężenie przeżywają firmy sprzątające i ochroniarskie.

"Gazeta Wyborcza" podkreśla, że jeszcze pod koniec roku Polacy niechętnie podejmowali pracę za tysiąc złotych netto. Na rynku były lepsze oferty, a pensje rosły w rekordowym tempie - w ubiegłym roku średnio o 11 procent. Teraz jednak praca za tysiąc złotych jest towarem poszukiwanym.

Związki zawodowe obawiają się, czy pracodawcy nie wykorzystają trudnej sytuacji na rynku pracy, by nadmiernie obniżyć płace - pisze "Gazeta Wyborcza".

Koniec Pracy na Zielonej Wyspie


Co gorzej, bezrobocie w Irlandii będzie cały czas rosło. Obecnie jego wskaźnik wynosi 10,4 proc. i jest to rekord od 12 lat - od października 1997 roku - tak mówią dane Centralnego Urzędu Statystycznego w Dublinie. 

Porównajmy - w styczniu br. bezrobocie w kraju sięgało 9,6 proc., a rok temu, w lutym 2008 roku - tylko 5 proc

I niestety w lutym liczba zarejestrowanych bezrobotnych dalej rosła - było ich już 352,8 tys. - czyli o 165 tys. więcej niż rok wcześniej

Przypomnijmy, że wskaźnik bezrobocia w Irlandii, był przez wiele lat najniższy wśród krajów Unii Europejskiej i wynosił w ujęciu rocznym między 4,4 proc. - 4,6 proc. Dzięki temu m. in. wielu naszych rodaków znalazło tam pracę. Ale to już niestety chyba koniec pracy na Zielonej Wyspie.

Cudzoziemcy chcą pracować w Polsce! Chętnych szybko przybywa


Najwięcej jest ich w województwie mazowieckim.

I tu też najbardziej wzrosło zainteresowanie zatrudnianiem cudzoziemców - w ub. roku odnotowano blisko 50-procentowy wzrost liczby składanych wniosków oraz 33-procentowy wzrost wydanych zezwoleń na pracę cudzoziemców - wynika z danych. 

Urząd wojewódzki podaje, że przyjęto ponad 10 tysięcy wniosków o wydanie pozwolenia na pracę dla cudzoziemców, a wydano ponad 8,5 tysiąca. Najwięej cudzoziemców zatrudnia się w Warszawie, ale ich liczba rośnie też w innych dużych miastach kraju. 

A kto otrzymał najwięcej zezwoleń na pracę? Prawie połowa ubiegających się o zatrudnienie u nas to Azjaci - głównie obywatele Chin oraz Wietnamu, ale też Turcji, Indii czy Korei Południowej. 

Kolejni byli Europejczycy - przede wszystkim wykonujący proste prace Ukraińcy, Białorusini i Mołdawianie. Cudzoziemców z Europy Zachodniej czy USA zatrudniano zwykle w kadrze kierowniczej czy zarządzie (ponad jedna trzecia zezwoleń) bądź jako pracowników wykwalifikowanych (27 proc.) czy nauczycieli języków obcych. 

Popularna była też np. informatyka czy doradztwo oraz branże takie jak handel hurtowy i detaliczny, finanse i nieruchomości.

Warto dodać, że od pewnego czasu do Polski trafia też coraz więcej obywateli UE, którzy w swoim kraju mają problem ze znalezieniem pracy (głównie młodzi Brytyjczycy, Irlandczycy i Francuzi). 

piątek, 6 marca 2009

Brytyjczycy drukują pieniądze


Czy "niestandardowe środki zaradcze" pomogą gospodarce?

Bank Anglii od dawna próbował rozruszać gospodarkę Wielkiej Brytanii przez rekordowe obniżki stóp procentowych. To jednak nie pomogło, a możliwości kolejnych cięć zostały praktycznie wyczerpane. Dlatego jego władze zadecydowały o podjęciu "niestandardowych kroków", które mogłyby przezwyciężyć kryzys i skłonić banki komercyjne, by powróciły do udzielania kredytów. 

Jednym z takich kroków ma być "fonetyzacja długu" ("quantitative easing") - działanie równoznaczne z dodrukowaniem pieniędzy, polegające na wprowadzeniu do systemu bankowego za pomocą różnych operacji rynkowych pieniędzy, co powoduje zwiększenie podaży pieniądza, obniżenie stóp procentowych na rynkumiędzybankowym, a w konsekwencji - zwiększenie wartości udzielanych kredytów. 

Pieniądz, którym bank centralny zasila banki komercyjne, nie ma jednak żadnego pokrycia. To w dłuższej perspektywie nieuchronnie powoduje inflację. Co prawda szefa Banku Anglii, Mervyna Kinga, specjalnie to nie martwi, gdyż uważa, że największym zagrożeniem jest obecnie deflacja, jednak zwykli Brytyjczycy nie zawsze podzielają to zdanie. Jak napisał jeden z internautów na forum BBC:

"Za wyjątkiem ładnej nazwy "fonetyzacja długu" niczym się nie różni od tego, co dzieje się w Zimbabwe. 
Natychmiast rezygnuję z wszystkich oszczędności w funtach."

Zobacz co się dzieje z Dolarem Zimbabwe na wykresie po prawej.
Chyba samo mówi za siebie co może się stać z funtem jeśli zbyt dużo "wspomoże" się państwo sztucznym pieniądzem ...

Google nie kłamie: kryzys już nas dopadł!



W Google Trends kryzys od dawna wygrywa z boomem.
Świadczy o tym to, czego szukamy w internecie.

Odkąd swoje życia zaczęliśmy przenosić do internetu, skarbnicą wiedzy pozwalającą na to, aby czegoś się o nich dowiedzieć stała się wyszukiwarka Google. To, jakie hasła najczęściej pojawiają się w polu "Szukaj" jest świadectwem popularności (albo jej braku) polityków, gwiazd show-biznesu czy sportowców. Okazuje się, że może też pomóc w ocenie stanu naszej gospodarki


Islandia bije rekordy

A jeśliby wierzyć wyszukiwarce, jest on naprawdę krytyczny. W mniej więcej połowie 2008 r. słowo "kryzys" zaczęło wspinać się na szczyty rankingów najczęściej wyszukiwanych wyrażeń. Od tego czasu szukamy go ponad sześć razy częściej. Podobnymi hitami są "recesja", "depresja" i "załamanie gospodarcze". 

W związku z kryzysem zaczęliśmy obawiać się o swoją pracę. W ciągu kilku miesięcy dwukrotnie wzrosła liczba osób wpisujących do Google "bezrobocie", a na początku 2009 r. zdecydowanie skoczyła w górę liczba internautów, którzy "szukają pracy". Obu słowom kluczowym daleko jednak do popularności, jaką cieszyły się na początku obecnej dekady. 


W czasach kryzysu zasiłek to najpewniejsze pieniądze

Jeśli nie ma pracy, zawsze możemy spróbować zdobyć pieniądze od państwa. Wzrasta popularność słowa "zasiłek". Sporo powiedzieć o obecnej sytuacji, a może i o społecznym klimacie naszego kraju, że wspomnianego "zasiłku" szukamy prawie dziewięć razy częściej od "pensji" i cztery razy częściej od "płacy" (ale już "emerytura" ustępuje mu tylko o połowę). 

Kryzys wiąże się dla nas przede wszystkim z problemami ze spłatą kredytów hipotecznych. I choć słowa kluczowe dotyczące samych pożyczek nie zyskały na popularności, to na przełomie 2008 i 2009 r. zaczęliśmy nagle szukać informacji na temat "windykacji" i "windykatorów". Natomiast wraz z zabójczym dla kredytobiorców wzrostem kursu tej waluty w górę poszybowała liczba internautów wyszukujących "franka szwajcarskiego".


Jeśli internauci mieliby głosować, już dawno byłaby wprowadzona

Słabą złotówką interesowali się nie tylko Polacy. Od początku roku co najmniej kilkadziesiąt razy wzrosła liczba zapytań o "polish zloty". W naszym kraju zaczęliśmy poszukiwać informacji na temat Goldman Sachs, głównego oskarżonego w sprawie spekulacji naszą walutą. Rezultatem tego jest również kilkunastokrotnie większe zainteresowanie "opcjami walutowymi", które wiele firm doprowadziły do bankructwa. A skoro już o bankructwie mowa, to w internetowych serwisach informacyjnych słowo to pojawiało się o wiele częściej niż "zysk netto" czy "dywidenda". 


Polak szuka po szkodzie...

Zmiany kursu naszej waluty spowodowały również, że bardziej atrakcyjna stała się praca za granicą. Takie wyrażenie stało się więc od razu bardziej popularne, choć wciąż daleko mu do szczytów z okresu tuż po wstąpieniu do Unii Europejskiej. Z drugiej strony przestało się opłacać wyjeżdżać na zagraniczny urlop - na przykład na narty do naszych południowych sąsiadów. Wraz z przyjęciem przez nich wspólnej waluty przestaliśmy już poszukiwać "urlopu na Słowacji". 

Obraz, który wyłania się z internetowych zapytań, jest więc raczej pesymistyczny, a na zakończenie przydałby się bardziej optymistyczny akcent. Może niech będzie nim to, że w czasach recesji zaczęliśmy odkrywać to, co wżyciu jest naprawdę ważne. Coraz więcej osób szuka "rodziny" i "miłości". O wiele więcej niż "pieniędzy".

sobota, 21 lutego 2009

Optymistyczne prognozy dla Polski. Będziemy najlepsi?


Kryzys kryzysem, nikt się przed nim nie uchroni ale u nas może obyć się bez trupów.

Bank Światowy w swoim dzisiejszym raporcie o stanie polskiej gospodarki prognozuje nasz wzrost PKB na ten rok aż na 2 proc. - To jest osiągalne - twierdzi Thomas Laursen, menedżer Banku na Polskę i kraje bałtyckie. - Naszym zdaniem spośród nowych członków UE Polska jest w najlepszej kondycji finansowej - dodaje.

- Polska też nie uniknie kryzysu - a to przez wpływmalejącego popytu zewnętrznego na polski eksport, czego skutkiem jest spowolnienie aktywności gospodarczej i niższy napływ inwestycji zagranicznych. Ale w porównaniu z resztą regionu Polska wykazuje bardziej zrównoważony wzrost, główniedzięki konsumpcji prywatnej - pisze Bank w swoim raporcie.

- Polska to duży kraj, gdzie rośnie popyt wewnętrzny i wciąż jest dość niskie zadłużenie. Do tego polski rząd jest dość aktywny w zwalczaniu kryzysu i chce szybko przyjąć euro – ocenia Erica Joergensen, rzecznik prasowy banku. 

BŚ chwali nas też i za to, że chcemy 
utrzymać dyscyplinę budżetową. To wyjdzie nam tylko na dobre. Również dziś pojawiły sie kolejne interesujące szacunki.

- W 2008 roku Polacy zwiększyli swoje wydatki

 o 16,5 proc., co dało nam pozycję lidera na rynku europejskim - wynika z raportu firmy Nielsen o wydatkach Europejczyków.

W tym jednak roku z powodu kryzysu popyt będzie rósł wolniej ale w obecnej sytuacji znów mamy szansę by zająć 1. miejsce w Europie. 

Z kolei zdaniem Business Centre Club, Polska 
nie odczuwa jeszcze kryzysu na taką skalę jak choćby sąsiedzi. BCC ocenia, że na kryzysie zyska kilka branż, m. in. turystka i usługi – bo chętniej będziemy spędzać wakacje w kraju, a także zwiększy się liczba obcokrajowców dla których Polska zrobiła się po prostu tania.

Atak duńskich spekulantów. Chciwość nie zna granic?

Nie dość, że "grają" naszą walutą to jeszcze chcą nas pouczać.
Dziś ujawnili się kolejny bankowi "spekulanci" (po Goldman Sachs), którzygrają naszą walutą. 

Tym razem to Danske Bank, który od pewnego czasu prognozuje potężne kłopoty polskiej gospodarki. Dziś przyznali się do spekulowania na naszym rynku walutowym. Co gorsze, jak podał Dziennik.pl wcale nie zamierzają z tym skończyć

Teraz bank czeka, aż euro będzie 
kosztowało 4,9 zł. Co mówią "bankierzy" z Danske Bank?

- Nie jesteśmy spekulantami walutowymi, jedynie dbamy o swoich klientów - mówi Dziennikowi główny ekonomista duńskiego banku Lars Christensen. - To zwykła teoria spiskowa, wymysł rodem z komunizmu, kiedy zły Zachód podejrzewało się cały czas o wrogie działania. Widziałem te doniesienia, ale chciałem powiedzieć ich autorom: trzeba wreszcie dorosnąć i patrzeć na świat realnie. Polska to nie Łotwa czy Dania, tylko duży kraj, w którym nie należy sięprzejmować teoriami spiskowymi - dodaje.

Christensen dodaje, że jego bank mówił swoim klientom o spadku złotego

Wygląda więc na to, że Danske to kolejny przykład 
"profesjonalnych bankierów", którzy najpierw straszą w swoich raportach nadciągającą katastrofą w tej części Europy, by potem grać polską walutą i czerpać z tej gry krociowe zyski, za które płacą m. in. osoby spłacające kredyty. 

Do czego doprowadzili swoimi grami? Wszyscy dziś widzą. Obecny kryzys w znacznej części wynika 
właśnie z różnego rodzaju spekulacji, które początkowo rozłożyły rynek hipoteczny w USA, a potem rozlały się na cały świat.    

Amerykanie wpompują teraz 800 mld dolarów w gospodarkę

Po wartym 700 mld dolarów pierwszym planie Paulsona przyszedł czas na kolejny: wart 800 mld dolarów. Plan ogłosił we wtorek amerykański sekretarz skarbu Henry Paulson. Cel to odblokowanie rynku kredytowego.

700 mld dolarów, 800 mld dolarów...700 mld dolarów, 800 mld dolarów...

Pierwszy plan Paulsona miał ratować instytucje finansowe posiadające tzw. toksyczne aktywa. Teraz 800 mld dolarów ma wspomóc rynek kredytu hipotecznego oraz kredyt konsumpcyjny i kredyt dla małych firm - podsumowują francuskie Les Echos.

Rezerwa Federalna przeznaczy 600 miliardów dolarów na wykup długu hipotecznego oraz długu hipotecznego zamienionego na papiery wartościowe od instytucji finansowych gwarantujących takie kredyty, czyli korporacji Fannie Mae i Freddie Mac. Chodzi o to, by rozruszać rynek kredytu i nie dopuścić do pojawienia się deflacji paraliżującej działalność gospodarczą - wskazują Les Echos. Z tych 600 mld dolarów sto miliardów posłuży na wykup obligacji Fannie Mae, Freddie Mac i innych podobnych organizacji korzystających z pomocy rządowej (Federal Home Loan Banks), 500 mld dolarów ma zostać przeznaczone na wykup zsekurytyzowanego długu hipotecznego gwarantowanego przez Fannie Mae i Freddie Mac.

Kolejne 200 mld dolarów Fed planuje wydać na pożyczki dla posiadaczy papierów wartościowych o bardzo wysokim ratingu : AAA, bazujących na kredytach konsumenckich, kredytach studenckich, kredytach w kartach kredytowych oraz pożyczkach gwarantowanych przez Small Business Act, czyli rządowy program wspierający małe i średnie firmy. Rząd z kolei wyda 20 mld dolarów na ten program dla firm, określony jako TALF - Term Asset-Backed Securities Loan Facility.

Przedstawiając oba programy na konferencji prasowej, Paulson powiedział, że "gospodarka słabnie dość dramatycznie i jest ważne, aby kredyty nadal były dostępne". Według wtorkowych danych, gospodarka amerykańska skurczyła się o 0,5 proc. w trzecim kwartale.

Jak podawał Bloomberg, dolar osłabił się w reakcji na drugi plan Paulsona. "Fed i departament skarbu próbują ograniczyć apetyt na ryzyko" - powiedział Alan Ruskin, szef strategii walutowych w RBS Greenwich Capital Markets.

Te działania administracji prezydenta George W. Busha poprzedzają nieznane jeszcze szczegóły planu pobudzającego gospodarkę, zapowiedzianego przez prezydenta-elekta Baracka Obamę.

piątek, 16 stycznia 2009

Kto tylko może się cieszyć ze słabnącej polskiej waluty?


Patrząc na powyższy wykres można łatwo określić że ci którzy zainwestowali w Euro bądź też zarabiają, mieszkają i zbierają za granicą pieniądze w swoim banku w tej walucie, w nie całe 4 miesiące (od września 2008 do stycznia 2009) jeśli np. posiadają na koncie 10 000 euro - zyskali ponad 10. 000 zł ! Nie ma obecnie nigdzie takiej możliwości szybkiego zarobku. W żadnej lokacie czy gdziekolwiek indziej.

Kto więc tylko może się cieszyć ze słabnącej polskiej waluty? ...

Wielu polaków wraca obecnie do kraju z powodu utraty pracy i braku możliwości znalezienia nowej. Praktycznie to już nie ma zatrudnienia takiego jak było jeszcze rok temu. Jest jedynie wymiana pracowników - jeśli ktoś odejdzie, pokrywają to miejsce nowym jeśli jest potrzebne no i oczywiście tygodniowo setki a nawet tysiące ludzi  ją traci.
Wracający ze swoimi oszczędnościami, wymieniając je, otrzymują niezły zastrzyk "extra" gotóweczki, dzięki całemu temu kryzysowi światowemu. 
To chyba idealny okres na powrót do kraju np. z irlandii - przeżywającej już bardzo poważny kryzys.

Ekonomiści prognozują jak tak jak i mój prosty powyższy wykres powyżej pobrany ze strony waluty online, że jeśli tak dalej pójdzie to euro w połowie lutego osiągnie wartość 4,5 zł i Polska w lutym może już znacznie odczuć efekt kryzysu. ale .....
Oby stały się prawdziwe słowa ekonomistów którzy mówią o Polsce i Chinach jako jedynych krajach na świecie które słabo odczuwają recesję dzięki swojej wewnętrznej samowystarczalnej  gospodarce - oby do jej końca delikatnie ją przeszły.

Nasza gospodarka dobrze sobie radzi. Wszystko dzięki temu że kupujemy Polskie produkty. Kupujmy tylko swoje a będzie w miarę dobrze. Nie kupujmy "Made in China" a będzie jeszcze lepiej :)

Krzysztof Łuszczki

środa, 14 stycznia 2009

Realne ceny mieszkań spadły o 20 proc.. To koniec spadków? Niestety Nie


Średnio o ponad 23 proc. spadły realne ceny mieszkań od lipca do grudnia ubiegłego roku - szacuje firma badająca rynek mieszkaniowy redNet Consulting. Zdaniem prezesa tej firmy, osoby myślące o zakupie mieszkania powinny się na to zdecydować już w I kwartale tego roku - pisze "Parkiet"..

Jednak jak pisze "Parkiet" szefowie czołowych firm deweloperskich z pewnym niedowierzaniem przyjęli zaprezentowane wczoraj wyniki badania firmy redNet Consulting. Wynika z nich w II półroczu 2008 r. ceny ofertowe mieszkań na ośmiu największych rynkach Polski spadły średnio o 12,3 proc., a w samym grudniu - o 5,3 proc. 

Realne obniżki cen są tym jeszcze większe, gdyż deweloperzy stosują różnego rodzaju promocje i gratisy. Według redNet Consulting, pod koniec grudnia klienci mogli stargować dodatkowo nawet 8-11 proc. ceny ofertowej. 

- Realnie mieszkania potaniały więc średnio o ponad 23 proc. i znalazły się więc na poziomie z 2006 r. - mówi "Parkietowi" Robert Chojnacki, prezes redNet Consulting. 
Do wyników badania sceptycznie podchodzi Józef Wojciechowski, szef rady nadzorczej J.W. Construction, w której przypadku realny spadek wyniósł co najwyżej 12-15 proc.. Wtóruje mu Jarosław Szanajca, prezes Dom Development. 
Szef redNet Consulting Robert Chojnacki uważa, że na zakup mieszkania warto zdecydować już w I kwartale tego roku. Według niego obecnie mamy niski poziom cen oraz szeroki wybór mieszkań, co ułatwia negocjacje cenowe. Zdaniem Chojnackiego realne ceny nie będą już jednak spadać, tym bardziej, że deweloperzy wstrzymali około 85 proc. projektów, które miały ruszyć w 2009 r.. 

- Poważne firmy deweloperskie mają marże w wysokości 15 - 25 proc. Wiele oferuje więc rabaty na granicy możliwości. Nie spodziewałbym się zatem większych spadków cen - uważa Wojciech Okoński, prezes firmy deweloperskiej Robyg.

Ceny domów w Irlandii mogą spaść o 80 proc.


Ceny domów w Irlandii mogą spaść ze swoich szczytowych poziomów o 80 procent - ocenił Morgan Kelly, ekonomista UCD, cytowany przez "The Irish Times".

"Budowa nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych spadnie w najbliższej przyszłości do zera" - stwierdził Kelly. Jego zdaniem, "powrót do ożywienia będzie powolny". Dodał, że 10 lat zajęło dojście do obecnej sytuacji i teraz jest takie prawdopodobieństwo, że wyjście z niej może również zająć 10 lat.

Kelly stwierdził, że globalny kryzys finansowy może być wbrew pozorom dobry dla gospodarki Irlandii, bo przestała ona jeszcze bardziej "zakopywać się we własnym dole". "Jeszcze rok lub dwa i skończylibyśmy tak jak Islandia, ale nie jest powiedziane, czy tak nie skończymy" - ocenił. 

Liczba dnia