czwartek, 26 marca 2009

Kolejna laurka dla Polski. Jesteśmy najlepsi w Europie?



Chwalą nas analitycy, inwestorzy i ekonomiści.

Z raportu Onshore, Nearshore, Offshore: Unsure? przygotowanego przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych, Jones Lang LaSalle i Grafton Recruitment wynika, że Polska jest jedną z najatrakcyjniejszych lokalizacji w Europie dla inwestycji z sektora BPO (Business Process Outsourcing).

Zdaniem autorów raportu polska gospodarka rozwija się w tempie szybszym od pozostałych gospodarek Unii Europejskiej - prognozy na ten rok mówią o wzroście rzędu 2%, co czyni nas jednym z niewielu krajów o dodatniej stopie wzrostu PKB.

Ponad to, co roku krajowe uczelnie opuszcza ok. 400 tys. absolwentów, co przy ogólnej liczbie studentów wynoszącej prawie 2 mln stanowi doskonałe zaplecze dla przedsiębiorców szukających młodych i utalentowanych kadr.

- Jakość pracy oraz kreatywność Polaków jest doceniana przez zagraniczne koncerny, które coraz częściej decydują się na przenoszenie do Polski zaawansowanych procesów - napisali autorzy raportu.

- Podejmowaniu takich decyzji sprzyja efektywność kosztowa polskich pracowników oraz szeroka oferta dostępnych zachęt inwestycyjnych - dodali.

Polski rynek pracy jest również stabilny - rotacja kadrowa nie przekracza 15%, a polscy pracownicy są znakomicie wykształceni, wyspecjalizowani i posiadają wysokie kompetencje językowe - komplementują nas analitycy.

Do tego poza popularnym językiem angielskim wzrasta również znajomość niemieckiego i francuskiego. Kolejny nasz plus to oczekiwania płacowe, które są w Polsce dużo niższe niż w krajach Europy Zachodniej. Czyżbyśmy stawali się europejskim prymusem?

niedziela, 15 marca 2009

7 zasad rozsądnego zarządzania pieniędzmi podczas kryzysu


Wykorzystaj je do poprawy swojej sytuacji finansowej.

W trudnych czasach spowolnienia gospodarczego szczególnie ważne wydaje się skuteczne i rozważne zarządzanie własnymi finansami. W trakcie boomu ewentualne błędy czy rozrzutność udawało się zrekompensować podwyżką wynagrodzenia czy nadgodzinami. Teraz trudno nie tylko na nie liczyć, ale co gorsza, wiele osób stoi przed widmem groźby utraty pracy. Pora na chwilę zastanowienia. 

1. Utrzymuj płynność finansową. Na wypadek choroby czy utraty pracy każdy powinien mieć dostęp do przynajmniej równowartości swoich trzymiesięcznych wydatków (niektórzy eksperci twierdzą, że nawet sześciomiesięcznych). Docelowo najlepszym uniwersalnym rozwiązaniem jest stworzenie funduszu bezpieczeństwa poprzez systematyczne deponowanie niewielkich sum na specjalnie wydzielonym koncie lokacyjnym w banku. Tu nie chodzi o wielkie zyski, ale o łatwy dostęp do środków. Tymczasowo pewnym substytutem może być otwarcie sobie linii kredytowej w banku z tak zwanym kredytem odnawialnym, od którego odsetki płaci się wyłącznie od rzeczywiście wykorzystanych pieniędzy (plus marża za gotowość banku do udzielenia pożyczki). 

2. Zacznij samodzielnie odkładać na emeryturę. Smutna prawda jest taka, że obecny system nie zagwarantuje nikomu godnej starości, a zatem każdy, kto ma jakiekolwiek dochody powinien jak najszybciej rozpocząć zabezpieczanie swojej jesieni życia. Liczący wyłącznie na ZUS czy OFE mocno zdziwią się ostateczną wysokością świadczeń.

3. Ubezpiecz się przed katastrofą. Niektórzy przesadzają z liczbą polis lub nawet błędnie traktują je jako inwestycje (pomijamy tutaj polisy lokacyjne, które służą do unikania podatku kapitałowego). Ubezpieczenie z założenia ma nas chronić przed nadzwyczajnymi wydarzeniami i na przykład ojciec rodziny z niepracującą żoną rozsądnie zrobi wykupując polisę na życie o wartości co najmniej pięciokrotności jego rocznych dochodów.

4. Najpierw płać sobie. To bardzo prosta i skuteczna zasada. Przed zapłaceniem za rachunki czy wydaniem pieniędzy na zakupy w supermarkecie odłóż choćby niewielką kwotę oszczędności. Niektórzy zniechęcają się ich niewielkimi możliwościami, ale nawet 50 zł czy 100 zł regularnie wpłacane na zwyczajne konto w banku urośnie do pokaźnej sumy. Warunkiem jest sumienność i cierpliwość. Co ciekawe, istnieją ludzie, którzy wydają na przykład ponad 200 zł na rachunki za telefony komórkowe, a jednocześnie twierdzą, że nie mają z czego odkładać. Nic dziwnego. 

5. Jeśli chcesz kupić nieruchomość na kredyt, zbieraj na wkład własny. Trudna sytuacja na rynku kredytów hipotecznych spowodowała gwałtowne zaostrzenie się kryteriów stosowanych przez banki wobec klientów. Znacznie podniesiesz swoją wiarygodność posiadając choćby część środków. Spadające ceny nieruchomości powodują, że każda odkładana złotówka nabiera większego znaczenia. 

6. Kup samochód na jaki cię stać. Wielu ludzi próbuje podnieść swój status społeczny przez zakup drogiego auta, a to przecież skarbonka bez dna i od razu tracisz pieniądze przy pierwszym trzaśnięciu drzwiami. Generalnie sprawdzona reguła jest taka, żeby nie brać kredytu na samochód, ale jeśli nie możesz się powstrzymać, albo po prostu brakuje ci środków, przynajmniej stosuj zasadę 20/4/10. Oznacza to, że powinieneś posiadać kwotę odpowiadającą co najmniej 20% wartości samochodu na wkład własny. Kredyt winien trwać maksimum 4 lata, a jego rata nie powinna przekraczać 10% twoich przychodów. 

7. Zmobilizuj się do spłaty długów. Osoby, które nie potrafiły dotąd narzucić sobie dyscypliny i brały kolejne pożyczki znalazły się w bardzo trudnym położeniu. Dochody raczej nikomu nie wzrosną, a wielu osobom wręcz grozi utrata zatrudnienia. To ostatnia chwila na zrobienie solidnych porządków w finansach osobistych. Ogólna reguła jest taka, że jeśli płacone raty przekraczają 35% twoich przychodów oznacza to uruchomienie się dzwonka alarmowego (szczególnie głośnego w przypadku kart kredytowych i drogich kredytów konsumpcyjnych). 

Oczywiście temat jest bardzo szeroki i te kilka zasygnalizowanych tu punktów ma za zadanie jedynie pobudzić do dalszego działania, bo sytuacja finansowa każdego czytelnika jest nieco inna. Najlepiej zacząć od zastanowienia się nad strukturą przychodów i wydatków domowych, czyli budżetu. Dopiero wtedy uda się znaleźć słabe miejsca, przez które regularnie wyciekają pieniądze, które można wykorzystać w znacznie bardziej pożyteczny i przyjemny sposób.

Treści przedstawione w artykule są prywatnymi opiniami autora i nie stanowią rekomendacji inwestycyjnych w rozumieniu Rozporządzenia Ministra Finansówz dnia 19 października 2005 roku w sprawie informacji stanowiących rekomendacje dotyczące instrumentów finansowych, ich emitentów lub wystawców (Dz. U. z 2005 roku, Nr 206, poz. 1715). Autor nie ponosi odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie niniejszego artykułu, ani za szkody poniesione w wyniku decyzji inwestycyjnych podjętych na podstawie niniejszego artykułu

poniedziałek, 9 marca 2009

Kryzys dopiero się zaczyna (2009-03)

Co piąta firma ma zamiar zwalniać pracowników i co piąta straciła majątek na opcjach. Jest źle, a będzie jeszcze gorzej - wynika z badań Krajowej Izby Gospodarczej dla "Gazety"

Izba przepytała 160 zarówno dużych, średnich, jak i małych przedsiębiorstw. Podobne badania robiono niecałe trzy miesiące temu. - I dziś sytuacja jest, niestety, gorsza - mówi Mieczysław Bąk z KIG.

Aż 87 proc. przedsiębiorców spodziewa się, że to dopiero początek kryzysu i będzie jeszcze gorzej. Firmom spadają zamówienia - średnio o jedną trzecią. Ale niektóre straciły ich nawet 80 proc. I liczba przedsiębiorstw borykających się ze spadkiem rośnie. Narzeka na to już 70 proc. przedsiębiorstw (w grudniu 60 proc.).

Firmom mogłyby pomóc zamówienia publiczne, ale teraz wszyscy o nie walczą. - Aby je zdobyć, firmy schodzą nawet poniżej kosztów. Wszystko po to, żeby jakoś przetrwać - mówi Katarzyna Augustynowicz-Skruch, prezes firmy budowlanej Eltech (zatrudnia 70 osób).

Jej firma nawet nie będzie startować w mniejszych przetargach, bo nie ma tam szans. Wielu przedsiębiorców, aby być tańszym, zatrudnia pracowników na czarno. 

Skoro nie ma zamówień, firmy szaleńczo tną koszty. Zwolnienia planuje 18 proc. firm, a 36 proc. będzie ograniczać inwestycje. Coraz więcej przedsiębiorców obawia się, że będzie musiała podjąć takie działania. W grudniu zastanawiało się nad tym 31 proc. firm, teraz już ponad 42 proc. 

Na to nakładają się problemy z bankami. Co piąta firma spotkała się z odmową udzielania kredytu. Grzegorza Turniaka, właściciela warszawskiej firmy BNI Polska zajmującej się m.in. szkoleniami dla przedsiębiorstw, bankowcy jeszcze we wrześniu zapewniali, że w każdej chwili bez problemu dostanie kredyt. Teraz zmienili zdanie. - Byłem ich klientem przez trzy lata, a tak mnie potraktowali - oburza się Turniak.

Jak pokazują badania, do 72 proc. wzrosła liczba firm, które na własnej skórze odczuwają wahania kursu złotego. To aż o 15 proc. więcej niż w grudniu. Słabszy złoty to zmora importerów, którzy muszą płacić więcej za towary z zagranicy. Z kolei dla eksporterów powinien być to powód do radości, bo ich produkty są atrakcyjne cenowo za granicą. 

- Tylko że sytuacja na rynku walut uderzyła w eksporterów, którzy zawarli z bankami umowy na opcje walutowe - mówi Bąk. 

Na opcjach straciła co piąta firma. Niektórzy po 20 tys. zł, ale inni nawet kilkanaście milionów. - Opcje uderzające w duże spółki giełdowe to tylko wierzchołek góry lodowej. Ten problem dotyka bardzo dużo małych i średnich firm - mówi Bąk.

Jak się ratować? Głowi się nad tym m.in. przedsiębiorstwo ze Śląska, czołowy producent urządzeń metalowych (nazwa firmy do wiadomości redakcji). Całą produkcję w ubiegłym roku za 30 mln zł firma sprzedała za granicą. Na opcjach straciła już 28,5 mln zł. - Przez 19 lat nie braliśmy żadnego kredytu. Zysk przeznaczaliśmy na rozwój firmy - mówi właściciel. Dlaczego zainteresowali się opcjami? - Kontrakty podpisujemy na minimum rok, dlatego kurs złotego ma dla nas ogromne znaczenie. BRE Bank przedstawił nam opcje jako ubezpieczenie przed dalszym umacnianiem się złotego. Duże firmy podpisywały umowy, wszyscy nas przekonywali, że sytuacja się nie odwróci - opowiada. 

I dodaje: - Zatrudniam 160 pracowników. Oprócz tego mam jeszcze podwykonawców, więc jeśli ogłoszę bankructwo, pracę straci kilkaset osób.

Komisja Nadzoru Finansowego ocenia, że firmy mogły stracić na opcjach w sumie 15 mld zł, a kwota ta rośnie lub maleje wraz z wahaniami kursu euro.

Ekonomista prof. Witold Orłowski narastającym pesymizmem przedsiębiorców nie jest zdziwiony. - Z pewnością w gronie tych, którym jest gorzej, są teraz firmy małe i średnie działające na rynku lokalnym. Dla nich czwarty kwartał był jeszcze bardzo dobry, sprzedaż rosła. Jednak i ich musiały dopaść skutki globalnego kryzysu - zaznacza. - Duże firmy, szczególnie zależne od eksportu, z pewnością kryzys poczuły już wcześniej i nastroje w nich od dawna są złe - dodaje prof. Orłowski.

- Obecny kryzys narasta znacznie szybciej niż wielka depresja lat 30. To niepokojące zjawisko. Nie wiemy jeszcze, dokąd nas doprowadzi. Z pewnością czekają nas teraz dwa, trzy kwartały bardzo złej sytuacji gospodarczej - uważa Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP, a teraz partner w Ernst & Young.

niedziela, 8 marca 2009

Złoto przebiło tysiąc dolarów


W piątek osiągnęło cenę 1007 dolarów za uncję. Cena złota w kontraktach na luty wzrosła o 25,70 dolarów do 1001,8 dolarów za uncję. W kontraktach na kwiecień przekroczyła 1007 dolarów. 

To najwyższa cena złota od marca 2008 roku, kiedy jego wartość rosła wskutek obaw o wzrost inflacji.

Złoto jest odbierane jako inwestycja, która nie traci na wartości nawet w czasach spowolnienia gospodarczego. W rezultacie jego ceny często rosną w momencie, gdy światowe giełdy notują minima. W czwartek Dow Jones znalazł się najniżej od jesieni 2002 roku.

Zdaniem ekspertów, w najbliższych tygodniach złoto może drożeć. Wzrostom będą sprzyjać kurczące się zapasy drogocennego kruszcu.

Praca za tysiąc złotych? Biorę!


Polacy zagrożeni rosnącym bezrobociem rzucają się na słabo płatną pracę - pisze "Gazeta Wyborcza". Oblężone są urzędy, sklepy, firmy sprzątające i ochroniarskie. 

Jak czytamy w "Wyborczej", urzędy gminy organizują konkursy na stażystów, oferując im niekiedy 500 złotych na rękę. Do urzędu w Nowej Soli zgłosiło się sześciu kandydatów na miejsce. Wcześniej kilkakrotnie rozpisywano tam konkurs na urzędnika, teraz świetnie wykształcony kandydat zgłosił się od razu. Pensja - tysiąc złotych na rękę. W jednym z oddziałów ZUS na jedno miejsce zgłosiło się aż 178 osób

Problemu ze znalezieniem pracowników nie mają także hipermarkety, oblężenie przeżywają firmy sprzątające i ochroniarskie.

"Gazeta Wyborcza" podkreśla, że jeszcze pod koniec roku Polacy niechętnie podejmowali pracę za tysiąc złotych netto. Na rynku były lepsze oferty, a pensje rosły w rekordowym tempie - w ubiegłym roku średnio o 11 procent. Teraz jednak praca za tysiąc złotych jest towarem poszukiwanym.

Związki zawodowe obawiają się, czy pracodawcy nie wykorzystają trudnej sytuacji na rynku pracy, by nadmiernie obniżyć płace - pisze "Gazeta Wyborcza".

Koniec Pracy na Zielonej Wyspie


Co gorzej, bezrobocie w Irlandii będzie cały czas rosło. Obecnie jego wskaźnik wynosi 10,4 proc. i jest to rekord od 12 lat - od października 1997 roku - tak mówią dane Centralnego Urzędu Statystycznego w Dublinie. 

Porównajmy - w styczniu br. bezrobocie w kraju sięgało 9,6 proc., a rok temu, w lutym 2008 roku - tylko 5 proc

I niestety w lutym liczba zarejestrowanych bezrobotnych dalej rosła - było ich już 352,8 tys. - czyli o 165 tys. więcej niż rok wcześniej

Przypomnijmy, że wskaźnik bezrobocia w Irlandii, był przez wiele lat najniższy wśród krajów Unii Europejskiej i wynosił w ujęciu rocznym między 4,4 proc. - 4,6 proc. Dzięki temu m. in. wielu naszych rodaków znalazło tam pracę. Ale to już niestety chyba koniec pracy na Zielonej Wyspie.

Cudzoziemcy chcą pracować w Polsce! Chętnych szybko przybywa


Najwięcej jest ich w województwie mazowieckim.

I tu też najbardziej wzrosło zainteresowanie zatrudnianiem cudzoziemców - w ub. roku odnotowano blisko 50-procentowy wzrost liczby składanych wniosków oraz 33-procentowy wzrost wydanych zezwoleń na pracę cudzoziemców - wynika z danych. 

Urząd wojewódzki podaje, że przyjęto ponad 10 tysięcy wniosków o wydanie pozwolenia na pracę dla cudzoziemców, a wydano ponad 8,5 tysiąca. Najwięej cudzoziemców zatrudnia się w Warszawie, ale ich liczba rośnie też w innych dużych miastach kraju. 

A kto otrzymał najwięcej zezwoleń na pracę? Prawie połowa ubiegających się o zatrudnienie u nas to Azjaci - głównie obywatele Chin oraz Wietnamu, ale też Turcji, Indii czy Korei Południowej. 

Kolejni byli Europejczycy - przede wszystkim wykonujący proste prace Ukraińcy, Białorusini i Mołdawianie. Cudzoziemców z Europy Zachodniej czy USA zatrudniano zwykle w kadrze kierowniczej czy zarządzie (ponad jedna trzecia zezwoleń) bądź jako pracowników wykwalifikowanych (27 proc.) czy nauczycieli języków obcych. 

Popularna była też np. informatyka czy doradztwo oraz branże takie jak handel hurtowy i detaliczny, finanse i nieruchomości.

Warto dodać, że od pewnego czasu do Polski trafia też coraz więcej obywateli UE, którzy w swoim kraju mają problem ze znalezieniem pracy (głównie młodzi Brytyjczycy, Irlandczycy i Francuzi). 

piątek, 6 marca 2009

Brytyjczycy drukują pieniądze


Czy "niestandardowe środki zaradcze" pomogą gospodarce?

Bank Anglii od dawna próbował rozruszać gospodarkę Wielkiej Brytanii przez rekordowe obniżki stóp procentowych. To jednak nie pomogło, a możliwości kolejnych cięć zostały praktycznie wyczerpane. Dlatego jego władze zadecydowały o podjęciu "niestandardowych kroków", które mogłyby przezwyciężyć kryzys i skłonić banki komercyjne, by powróciły do udzielania kredytów. 

Jednym z takich kroków ma być "fonetyzacja długu" ("quantitative easing") - działanie równoznaczne z dodrukowaniem pieniędzy, polegające na wprowadzeniu do systemu bankowego za pomocą różnych operacji rynkowych pieniędzy, co powoduje zwiększenie podaży pieniądza, obniżenie stóp procentowych na rynkumiędzybankowym, a w konsekwencji - zwiększenie wartości udzielanych kredytów. 

Pieniądz, którym bank centralny zasila banki komercyjne, nie ma jednak żadnego pokrycia. To w dłuższej perspektywie nieuchronnie powoduje inflację. Co prawda szefa Banku Anglii, Mervyna Kinga, specjalnie to nie martwi, gdyż uważa, że największym zagrożeniem jest obecnie deflacja, jednak zwykli Brytyjczycy nie zawsze podzielają to zdanie. Jak napisał jeden z internautów na forum BBC:

"Za wyjątkiem ładnej nazwy "fonetyzacja długu" niczym się nie różni od tego, co dzieje się w Zimbabwe. 
Natychmiast rezygnuję z wszystkich oszczędności w funtach."

Zobacz co się dzieje z Dolarem Zimbabwe na wykresie po prawej.
Chyba samo mówi za siebie co może się stać z funtem jeśli zbyt dużo "wspomoże" się państwo sztucznym pieniądzem ...

Google nie kłamie: kryzys już nas dopadł!



W Google Trends kryzys od dawna wygrywa z boomem.
Świadczy o tym to, czego szukamy w internecie.

Odkąd swoje życia zaczęliśmy przenosić do internetu, skarbnicą wiedzy pozwalającą na to, aby czegoś się o nich dowiedzieć stała się wyszukiwarka Google. To, jakie hasła najczęściej pojawiają się w polu "Szukaj" jest świadectwem popularności (albo jej braku) polityków, gwiazd show-biznesu czy sportowców. Okazuje się, że może też pomóc w ocenie stanu naszej gospodarki


Islandia bije rekordy

A jeśliby wierzyć wyszukiwarce, jest on naprawdę krytyczny. W mniej więcej połowie 2008 r. słowo "kryzys" zaczęło wspinać się na szczyty rankingów najczęściej wyszukiwanych wyrażeń. Od tego czasu szukamy go ponad sześć razy częściej. Podobnymi hitami są "recesja", "depresja" i "załamanie gospodarcze". 

W związku z kryzysem zaczęliśmy obawiać się o swoją pracę. W ciągu kilku miesięcy dwukrotnie wzrosła liczba osób wpisujących do Google "bezrobocie", a na początku 2009 r. zdecydowanie skoczyła w górę liczba internautów, którzy "szukają pracy". Obu słowom kluczowym daleko jednak do popularności, jaką cieszyły się na początku obecnej dekady. 


W czasach kryzysu zasiłek to najpewniejsze pieniądze

Jeśli nie ma pracy, zawsze możemy spróbować zdobyć pieniądze od państwa. Wzrasta popularność słowa "zasiłek". Sporo powiedzieć o obecnej sytuacji, a może i o społecznym klimacie naszego kraju, że wspomnianego "zasiłku" szukamy prawie dziewięć razy częściej od "pensji" i cztery razy częściej od "płacy" (ale już "emerytura" ustępuje mu tylko o połowę). 

Kryzys wiąże się dla nas przede wszystkim z problemami ze spłatą kredytów hipotecznych. I choć słowa kluczowe dotyczące samych pożyczek nie zyskały na popularności, to na przełomie 2008 i 2009 r. zaczęliśmy nagle szukać informacji na temat "windykacji" i "windykatorów". Natomiast wraz z zabójczym dla kredytobiorców wzrostem kursu tej waluty w górę poszybowała liczba internautów wyszukujących "franka szwajcarskiego".


Jeśli internauci mieliby głosować, już dawno byłaby wprowadzona

Słabą złotówką interesowali się nie tylko Polacy. Od początku roku co najmniej kilkadziesiąt razy wzrosła liczba zapytań o "polish zloty". W naszym kraju zaczęliśmy poszukiwać informacji na temat Goldman Sachs, głównego oskarżonego w sprawie spekulacji naszą walutą. Rezultatem tego jest również kilkunastokrotnie większe zainteresowanie "opcjami walutowymi", które wiele firm doprowadziły do bankructwa. A skoro już o bankructwie mowa, to w internetowych serwisach informacyjnych słowo to pojawiało się o wiele częściej niż "zysk netto" czy "dywidenda". 


Polak szuka po szkodzie...

Zmiany kursu naszej waluty spowodowały również, że bardziej atrakcyjna stała się praca za granicą. Takie wyrażenie stało się więc od razu bardziej popularne, choć wciąż daleko mu do szczytów z okresu tuż po wstąpieniu do Unii Europejskiej. Z drugiej strony przestało się opłacać wyjeżdżać na zagraniczny urlop - na przykład na narty do naszych południowych sąsiadów. Wraz z przyjęciem przez nich wspólnej waluty przestaliśmy już poszukiwać "urlopu na Słowacji". 

Obraz, który wyłania się z internetowych zapytań, jest więc raczej pesymistyczny, a na zakończenie przydałby się bardziej optymistyczny akcent. Może niech będzie nim to, że w czasach recesji zaczęliśmy odkrywać to, co wżyciu jest naprawdę ważne. Coraz więcej osób szuka "rodziny" i "miłości". O wiele więcej niż "pieniędzy".

Liczba dnia